Energia Wiatrowa

Wiatrowa.blox.pl - energetyka wiatrowa, informacje, fakty i mity.

Wpisy otagowane „nauka”

  • czwartek, 11 czerwca 2015
    • Naukowcy, pseudonaukowcy czy wykładowcy?

      Na temat elektrowni wiatrowych wypowiada się coraz więcej osób, udając naukowców, specjalistów i niezależnych ekspertów, którzy wypowiadają się na wszystkie powiązane tematy od akustyki, zdrowia po sprawy techniczne jak bezpieczeństwo budowli. Pominę wielki wykład na temat tego, że tzw. "niezależny ekspert" to zwykłe mydlenie oczu, ponieważ nie ma czegoś takiego w obecnym systemie prawnym. 

      A nazywanie samego siebie niezależnym ekspertem, gdy prowadzi się zarówno prywatną walkę (w miejscu swojego zamieszkania) z wiatrakami, jak i cykl spotkań, wizyt, artykułów antywiatrowych w różnych serwisach internetowych - to już po prostu kpina z logiki i pojęcia niezależności. 

      Wiele tych osób godzi się na nazywanie ich jako: profesor, naukowiec, specjalista. 

      Jaka jest prawda? Zazwyczaj nie są żadnymi profesorami, tylko co najwyżej doktorem lub zwykłym wykładowcą na uczelni. Czy są specjalistami? Zazwyczaj w bardzo, bardzo wąskiej dziedzinie - praktycznie nikt z nich, nie jest ekspertem w dziedzinie siłowni wiatrowych, gdyż to stosunkowo młoda dziedzina w Polsce. 

      Tacy "niezależni eksperci" zabierają się za krytykę prawdziwych naukowców, którzy prowadzą prawdziwe badania. 

      Ciekawy artykuł na ten temat można przeczytać poniżej:

      http://www.nowytydzien.pl/index.php?option=com_k2&view=item&id=29172:ekspert-kt%C3%B3ry-ekspertem-nie-jest&Itemid=44

      Cytat:

      " Ekspert, który ekspertem nie jest

      Kolejna uchwała Rady Gminy Wyryki, powołująca niezależnego eksperta w sprawie wiatraków, okazuje się bublem prawnym. Jej projekt nie został zaopiniowany przez radcę prawnego, skutkiem czego nadzór prawny wojewody wszczął postępowanie uchylające. - Paradoksem jest, że na jej mocy powołany miał być ekspert, który tak naprawdę żadnym ekspertem być nie może - mówi wójt Ćwirta.

      Na marcowej sesji Rady Gminy Wyryki głosami klubu radnych Stop Wiatrakom - Wyryki, przy milczącej zgodzie dużej części rady (siedmiu radnych wstrzymało się od głosowania), podjęta została uchwała zobowiązująca wójta gminy Wyryki do zawarcia umowy z prof. Barbarą Lebiedowską jako ekspertem Komisji Europejskiej do spraw akustyki. Umowa dotyczyć miała sporządzenia przez panią profesor ekspertyzy o planowanej w Wyrykach farmie wiatrowej. Radni w uchwale zdecydowali, że honorarium dla autorki dokumentu będzie wynosić 3 tys. zł. Wnioskodawca uchwały, radny Wojciech Straczuk, argumentował, że zaproponowany ekspert jest gwarantem sporządzenia wiarygodnej i miarodajnej ekspertyzy dotyczącej planów lokalizacji farmy wiatrowej w Wyrykach. Po sesji uchwała w sprawie powołania eksperta trafiła do wojewody w celu zbadania zgodności jej zapisów z prawem. - Nadzór prawny wojewody stosownym pismem poinformował nas o wszczęciu postępowania nadzorczego w celu uchylenia uchwały podjętej przez Radę Gminy Wyryki - mówi wójt Andrzej Ćwirta. - W uzasadnieniu wskazano szereg argumentów przemawiających za koniecznością jej uchylenia. Organ nadzoru wytknął m.in., że rada rażąco przekroczyła swoje kompetencje przyjmując tego typu uchwałę - tłumaczy wójt. Ale to jeszcze nic. Równolegle Urząd Gminy Wyryki wystąpił bowiem do przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce o oficjalne dane kontaktowe prof. Barbary Lebiedowskiej. - Odpowiedź była dla nas bardzo zaskakująca. Okazało się bowiem, że nazwisko pani profesor nie widnieje w rejestrze grup ekspertów Komisji Europejskiej. Co więcej, nie jest ona także ekspertem Dyrekcji Generalnej ds. Środowiska Komisji Europejskiej - wyjaśnia Ćwirta. - W tym świetle uchwała naszej Rady nabiera paradoksalnej wymowy, bo zdecydowała o zatrudnieniu eksperta, który ekspertem wcale nie jest - twierdzi wójt. 

      - Być może całej sprawy by nie było, gdyby - zanim mój projekt trafił do porządku obrad - zaopiniował go radca prawny - uważa pomysłodawca uchwały Wojciech Straczuk. - Moim zdaniem wszystko odbyło się zgodnie z przepisami, rada uchwałę przyjęła i teraz świętym obowiązkiem wójta jest ją wykonać - twierdzi radny. Dodaje też, że profesor Lebiedowska - według jego wiedzy - posiada wszystkie niezbędne uprawnienia do napisania takiej ekspertyzy.W tym całym zamieszaniu wojewoda jeszcze nie zdecydował, czy uchwałę wyryckiej rady uchylić. Na razie w gminie trwają przygotowania do zmian w studium zagospodarowania przestrzennego. Dzięki niemu ma być możliwa budowa elektrowni wiatrowej. Jeszcze do 21 maja mieszkańcy Wyryk mogą wnosić swoje uwagi do zmian w tym dokumencie. Po tym czasie to radni zdecydują czy zmiany zostaną uchwalone.

      "

      Co ciekawe, sprawdzając na rzetelnej stronie nauka-polska.pl - Pani Barbara Lebiedowska żadnym profesorem nie jest:

      http://nauka-polska.pl/dhtml/raporty/ludzieNauki?rtype=opis&objectId=73978&lang=pl

      http://wiatrowa.blox.pl/resource/naukowiec_ekspert_wiatraki.jpg

       

      Dlaczego więc ci pseudonaukowcy, czyli po prostu zwykli wykładowcy (i to nie zawsze, bo często emerytowani), tak łatwo oszukują ludzi szkodliwością wiatraków? Dlaczego w ich mniemaniu wiatr jest tak straszny, że ciężko o coś straszniejszego na naszej planecie, niż zawirowania powietrza. Odpowiedź jest prosta. Odpowiednio dobierając słowa, używają terminów, które są obce większości, można wystraszyć wszystkim. Wszystkim bez wyjątku, kto nie wierzy polecam video:

      https://youtu.be/94QnJQ3KLDM


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Naukowcy, pseudonaukowcy czy wykładowcy?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wiatrowa-info
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 czerwca 2015 16:57
  • czwartek, 27 czerwca 2013
  • czwartek, 09 lutego 2012
    • Syndrom Turbin Wiatrowych - a może syndrom NIMBY?

      Pewnie wielu z nas zastanawia się, dlaczego powstaje tak dużo protestów przy nowych inwestycjach, które w normalnym odbiorze społecznym są pozytywnie postrzegane. Każdy w końcu chce mieć dostęp do:

      - czystej wody;

      - energii;

      - ropy;

      - dobrych dróg, obwodnic i autostrad;

      - chce mieć dobry zasięg GSM;

      - chce mieć czyste otoczenie, a dostęp do wysypisk, itd. itp.


      Dlaczego więc, jeśli pojawia się szansa na taką inwestycję, to jest ona prawie zawsze blokowana i pojawiają się protesty? W końcu gdzieś trzeba postawić lub wybudować: oczyszczalnię ścieków, elektrownię wiatrową czy atomową, wysypisko śmieci czy drogi. Chcemy gazu łupkowego w Polsce, ale miejsca wydobycia najlepiej gdzie indziej.

      Pada wtedy prawie zawsze charakterystyczne zdanie:

      "jestem za, ale nie tutaj!".

      Problem pojawia się wtedy ..... gdy mówi tak każdy iw  każdym zakątku Polski czy gminy, a tak się dzieje coraz częściej.

      Często na potrzeby walki z takimi inwestycjami wymyśla się różne pseudo jednostki chorobowe czy zagrożenia, znane tylko osobom, związanym z protestami (wymyślanymi na ich potrzeby). Do nich należy: Syndrom Turbin Wiatrowych - to wbrew twierdzeniom przeciwników elektrowni wiatrowych, nie jest żadną jednostką chorobową, tylko wymysłem pani Niny Pierpont. WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) nie traktuje tego jako chorobę, bo nawet o tym nie wspomina.

      Trudno uznać za chorobę coś, co wykazano w badaniach ANKIETOWYCH na grupie 10 rodzin, które w ankiecie mogą podać cokolwiek, zwłaszcza, jeśli są negatywnie nastawione do wiatraków.

      Nie można z całą stanowczością powiedzieć, że elektrownie wiatrowe nie są uciążliwe. Jeżeli ktoś mieszka 300 m od 10 elektrowni, to na pewno będzie to uciążliwe sąsiedztwo (a tak blisko stawiano kiedyś, stąd może ten mit uciążliwości). Ale mieszkać 500 m od wiatraka, nie jest bardziej uciążliwe niż mieszkanie 10-100 m od drogi. A tak mieszka przecież 90% ludzi w Polsce. Dlaczego więc nie blokuje się 90% dróg i osiedli w Polsce?

      Dlaczego więc ludzie boją się elektrowni wiatrowych (i nie tylko) .... i to najbardziej tam, gdzie ich nie ma i często na oczy ich nie widzieli. Odpowiedzią mogą być na to stwierdzone w badaniach psychologicznych i socjologicznych jednostki:

       

      1) Syndrom NIMBY (akronim ang. Not In My Back Yard = "nie na moim podwórku"), w Polsce znane też jako "nie w moim ogródku!"

      http://pl.wikipedia.org/wiki/NIMBY

       

      2) Syndrom BANANA (Build Absolutly Nothing   Anywhere   Near   Any -thing/Anyone) –– „nie buduj absolutnie nic, nigdzie i w pobliżu niczego”  – występuje rzadziej, typowy dla ponadlokalnych organizacji ekologicznych.

      3)  Syndrom LULU – (Locally Unacceptable Land Use)  – niechciane przez społeczność zagospodarowanie terenu.

      Więcej - artykuł w PDF:

      http://tnij.org/syndrom_protesty

      http://rec.ipoc.rsu.ru/education/Int_conf2001/p_78.htm

      http://krytyka.org/index.php/artykuy-naukowe/rone/303

       

      Jak zauważają naukowcy i psycholodzy, dla pewnych inwestycji wydaje się, że nie ma dobrego miejsca, no może ewentualnie na Księżycu czy pustyniach, co pokazuje tylko skalę absurdu. Da się zauważyć też to, że ludzie często sami krytykują tzw. "pseudo-ekologów", którzy blokują różnego rodzaju inwestycje, ale jak podobna inwestycja ma stanąć w ich gminie, to sami wykorzystują argumenty tzw. eko-terrorystów. Jest to więc w pewnym sensie obłuda i nie można wszystkiego zganiać tylko na tzw. "pseudo-ekologów".

      Cytat z artykułu:

      " Winne są demony

      Zagrożenia jakich spodziewają się lokalne społeczności są częstokroć demonizowane, a opinie co do rodzaju, nasilenia, zasięgu i skutków oddziaływań bywają wrêcz irracjonalne. Przykład: gaz łupkowy. Przeciwko planom jego wydobycia protestują na Zamojszczyźnie mieszkañcy gminy Grabowiec. Także w Siekierkach Wielkich pod Kostrzynem niedaleko Poznania ludzie boją się nowych inwestycji, uważają, że mogą być niebezpieczne dla życia i zdrowia.

      ......

      – Chcieliśmy jako rada i ja jako wójt, żeby najpierw wypowiedziało się społeczeństwo. Innymi słowy jak społeczeństwo powie tak, to rada zmieni plan przestrzennego zagospodarowania– mówi Grzegorz Ziaja, wójt gminy Koszęcin. Większość mieszkańców powiedziała „nie”. "

      Czyli losy Polski, niezależności energetycznej i nasze zobowiązania europejskie i światowe co do czystej energii, oddaje się w ręce wystraszonych przez mity ludzi. Ludzie są traktowani podmiotowo ... i bardzo dobrze. Problem leży jednak w tym, że argumenty są najczęsciej irracjonalne. Ludzie podają jako główną przyczynę swój strach i zasłyszane plotki i mity. A tymczasem od sprawdzenia tego, czy dana inwestycja spełnia normy prawne i bezpieczeństwa, służą uregulowania i specjalne urzędy. By postawić takie inwestycje potrzeba często 20-30 uzgodnień, roczne monitoringi i kontrole przed i po-wykonawcze. Jeżeli inwestycja spełnia wszystkie normy bezpieczeństwa, to podawanie "argumentu strachu" i blokowanie inwestycji .... jest absurdalne i niczym nie różni się od blokowań tzw. "pseudo-ekologów".

      A przecież mamy XXI wiek!

      Historia ma nas uczyć, a przecież historia ludzkiego strachu przed nowym jest dobrze znana. Polecam artykuł:

      http://wiatrowa.eu.interia.pl/pliki/artykul_strach_przed_nowym.pdf

      Cytaty:

      "

      Przeraża nas wszystko, co nowe: od żarówki – po książkę, od welocypedu – po radio. Kiedy tylko komuś udało się coś poprawić, ułatwić ludziom życie, tłum krzyczał od razu: Niebezpieczeństwo!

      ...

      Lekarze ostrzegali: spożycie ziemniaków miało ich zdaniem prowadzić do „zgagi, nudności i wymiotów”, a nawet do „krztuśca i gorączki gnilnej” – pisał w 1780 r. pewien lekarz w Zurychu. Z kolei proboszcz z Schlieren rozpowszechniał wieść, że ze ściętej piany po gotowaniu kartofli można wyprodukować „dobrą trutkę na myszy i szczury, która w niczym nie ustępuje arszenikowi”. Bardzo długo ludzie traktowali tę bulwę nie jako środek spożywczy, ale raczej jak zarazę. Nazwali ją nawet: „owoc diabła”.

      ....

      Człowiek nie jest zwierzęciem, lubiącym żyć zgodnie ze swymi przyzwyczajeniami, jest wręcz fanatykiem swoich przyzwyczajeń! Z badań psychologicznych wiadomo, że przy ocenie jakiejś nowości groteskowo wykrzywiamy proporcje między szansami a zagrożeniami – ponieważ doznane straty są dla nas znacznie bardziej bolesne niż stracone szanse. Wolimy dziesięć razy przegapić jakąś okazję, niż raz upaść na nos. Z tego względu jesteśmy mistrzami świata w wymyślaniu potencjalnych zagrożeń, kiedy tylko pojawia się coś nowego.

      .....

      Wygląda to trochę tak, jakbyśmy każdym nowym wynalazkiem na nowo krzesali ogień. I za każdym razem od nowa przeżywamy związaną z tym rozterkę.

      .....

      Światło ślepoty
      Lęk stał się jeszcze większy, kiedy w połowie XIX w. dzięki centralnemu zaopatrzeniu i kosztownym przewodom światło gazowe dotarło do poszczególnych domostw. Od samego początku gaz – z uwagi na to, że jest bezgłośny i niewidzialny – otaczała aura podstępności i perfidii. Mylnie sądzono, że jest trujący, powoduje gorączkę, wysypkę, a nawet szczególnie złośliwą odmianę ospy. Z tych względów zamykano na noc wszystkie kurki. Poza tym obawiano się, że nieszczelności w przewodach mogą doprowadzić do skażenia gleby i wody pitnej, i że takie powoli postępujące zatrucie sprawi, iż życie w mieście stanie się niemożliwe.
      ....
      Wraz z elektrycznością ludzkość wkroczyła zdecydowanie w epokę lęków rozproszonych. Zgłaszano też jednak całkiem konkretne ostrzeżenia, na przykład: „czytanie przy świetle elektrycznym prowadzi do ślepoty”. Już w dziesięć lat po wynalezieniu żarówki czasopismo naukowe „Science” donosiło o nowej chorobie, zwanej fotoelektryczną oftalmią (zapaleniem oka), która wywoływana jest przez stałe oddziaływanie światła elektrycznego na oczy.
      ....
      Powszechne wykorzystanie elektryczności „burzy równowagę natury” i zagraża „istnieniu zwierzęcego i roślinnego życia na Ziemi” – utrzymywał pewien amerykański obywatel w 1884 roku.
      ....
      Niezależnie od tego, czy chodzi o telefon, radio, telewizję, esemesy, internet czy e-maile, sceptycy zawsze z początku dostrzegają w nich niebezpieczeństwo spłycenia i upadku kulturowego, uzależnienia i nadużywania, niezdolności do nawiązywania dialogu i osamotnienia.
      .....
      Doszedł do tego lęk przed prędkością. Pierwsze pociągi bowiem rozwijały szybkość trzykrotnie większą niż dyliżans pocztowy. Obawiano się, że wzdłuż trasy pociągu konie będą się płoszyć, kury przestaną znosić jaja, a krowy – dawać mleko. Podczas debaty w parlamencie wokół budowy linii kolejowej z Manchesteru do Liverpoolu w 1825 r. jeden z posłów przedstawił koszmarną wizję „pociągu pędzącego z szybkością 16 mil na godzinę (tj. ok. 26 km/h) i ciągniętego przez diabła, który przybrał kształt lokomotywy”.
      .....
      Wkrótce z poważnymi ostrzeżeniami wystąpili medycy. W Bawarii zaprotestowali oni oficjalnie przeciw budowie linii kolejowej z Fürth do Norymbergi. Pisali, że „w interesie zdrowia ogółu” należy zabronić przenoszenia się z miejsca na miejsce za pomocą takich czy innych maszyn parowych. „Zbyt szybki ruch musi wywołać u pasażerów niepokój i rozkojarzenie, zwane delirium furiosum. Francuski uczony Arago utrzymywał w 1836 roku, że pasażerowie pociągu, jadącego przez długi tunel, narażają się na „katar, zapalenie pęcherza i zapalenie płuc”.
      Angielskie fachowe pismo medyczne „The Lancet” zajęło się po raz pierwszy szczegółowo tym tematem w roku 1862, w artykule „Wpływ podróżowania koleją na zdrowie publiczne”. Stwierdzano tam, że wibracja, szybko zmieniające się bodźce wizualne oraz hałas lokomotywy stanowią dla ludzkiego organizmu długotrwałe obciążenie, szkodliwe dla zdrowia. „Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć grupy ludzi, która szybciej by się postarzała w ciągu zaledwie paru lat” – pisał jeden z autorów tego elaboratu o licznej rzeszy handlarzy, dojeżdżających codziennie pociągiem do miasta. W ten sposób narodziła się diagnoza „choroba kolejowa”. Wkrótce zaczęto przypisywać pociągom winę za wszelkie schorzenia i psychozy, szczególnie wśród pracowników zatrudnionych na kolei. Jednak na początku XX wieku „choroba kolejowa” znikła równie szybko, jak się pojawiła – ludzie przyzwyczaili się do podróżowania koleją.


      „Niektóre diagnozy, stawiane w przeszłości, mogą dziś wywoływać uśmiech” – pisał o „chorobie kolejowej” niemiecki lekarz i autor Werner Bartens – „ale czy z naszymi dzisiejszymi dolegliwościami nie bywa podobnie?
      "


      Źródło:  MATHIAS PLÜSS ? Die Weltwoche, 10.11.2005 - http://mathiaspluess.ch/polski/Tylko%20bez%20nowinek.doc

      ----

      Jak żywo dzisiejsze lęki niektórych społeczności lokalnych przypominają leki naszych pradziadków. Dość powiedzieć, że w przypadku elektrowni wiatrowych ludzie boją się głównie dźwięków słyszalnych i infradźwięków (dźwięki niesłyszalne dla człowieka).

      Tymczasem prawda jest taka, że mieszkając 500m od wiatraków, mamy:

      - 35 dB(A) - na poziomie dźwięków słyszalnych (mieszkanie wytłumia do 20 dB(A);

      - 55 dB(C) - na poziomie infradźwięków (2-20 HZ).

      Tymczasem samochody wytwarzają dźwięki (pomiar 20 m od drogi):

      - 70 dB(A) - dźwięki słyszalne;

      - 100 dB(C) - na poziomie infradźwięków (2-20 HZ).

      A więc hasłas samochodowy docierający do zabudowań, jest dużo głośniejszy na każdym poziomie dźwięków - czy więc zakazać ruchu samochodowego lub przenosić domy na pustynię z dala od wszystkiego?

      http://wiatrowa.eu.interia.pl/#07

      Nawet zwykły wiatr (zawirowania koło budynków) potrafi wytworzyć 100 dB(C), zresztą infradźwięki otaczają nas od zawsze i zewsząd. Czy zakazać wiatru i szumu morza, które też wytwarza infradźwięki? Ludzie boją się tego .... co otacza ich od zawsze. Ale nowe słowo .... straszy. I na to liczą przeciwnicy energii wiatrowej i innych inwestycji - WYSTRASZYĆ!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Syndrom Turbin Wiatrowych - a może syndrom NIMBY?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wiatrowa-info
      Czas publikacji:
      czwartek, 09 lutego 2012 12:49

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa